Posted by on 25 sierpnia 2026

Najpierw dojazd. Bez przygód ale z postojem w Gdańsku na obiadokolację.

Na bazę dojechałem już w nocy. Drzwi otwarte, ale postanowiłem noc spędzić w samochodzie.

Piszę w pierwszej osobie, bo pojechałem jako drużyna jednoosobowa.

Zaczęło w nocy padać, i przez uchylone okna naleciało nieco wody do samochodu. Ale to zauważyłem dopiero rano.

Nadal pada.

Zaczął się rozruch bazy. Zarejestrowałem się z numerem 002, odebrałem pakiet startowy i zjadłem śniadanie w postaci niedojedzonego wieczorem kebabu. Swoją drogą – bardzo dobrego. Ktoś przebąkuje o przełożenie startu o 2 godziny – bo niby ma przestać padać. Startujemy o 8!

Ze względu na deszcz, start zaczął się na sali gimnastycznej. Pomimo rozstawienia namiotu nad kamieniem pogody, bo tak mi się skojarzyło, deszcz nie ustępował. W związku z tym – ruszyliśmy w deszczu.

Może o technikaliach imprezy. Zorganizowana została zarówno dla pieszych, jak i rowerzystów. Moja kategoria to roganing 8h. Oznacza to, że każdy punkt orientacyjny może mieć różną ilość punktów przeliczeniowych. Od 10 do 60. We własnym zakresie należy ustalić trasę, przy okazji określając, które punkty opłaca się zbierać. Czy zebrać więcej łatwiejszych ale za mniejszą ilość punktów, czy mniej, ale droższych. Ilość punktów kontrolnych uniemożliwia zebranie ich wszystkich, ze względu na sumaryczną odległość między nimi. Należy też wziąć pod uwagę, że niektóre punkty trzeba jeszcze w tym terenie poszukać.

Po ustaleniu trasy, a przynajmniej orientacyjnego kierunku w którym będę zmierzał, pobiegłem w siną dal. Dwa pierwsze punkty poszły gładko, ale wystarczy na chwilę zapomnieć o kompasie i… kierunek między tym co w głowie, a tym co w rzeczywistości zmienia się nawet o 90 stopni. Tak było w tym przypadku. Pomyliłem PK14 z PK10. Podpiłem PK14 jako PK10, potem wracałem pół kilometra poprawić odbicie. Na powrocie do bazy udało mi się już znaleźć prawdziwą Dziesiątkę, a na mecie nie dostałem punktów karnych. Uff… Było jeszcze kilka innych przygód, jak punkt „Powalone drzewo na bagnie” – PK31. Szukałem go dobre 150 metrów za wcześnie i przeorałem wszystkie krzaki brnąc na metr w trawie, spotykając małą sarenkę na swojej drodze.

Kolejnym punktem na którym straciłem dużo czasu był PK60 „Przewrócone drzewo w rowie”. W/g mnie – namierzyłem się idealnie. Tam gdzie droga skręcała, idealnie na azymut znajdował się rów, w rowie drzewa. Ale na żadnym drzewie lampionu. Znalazł się za to kilkadziesiąt metrów na południe, po drugiej stronie rzeki, pokonanej po powalonych drzewach.

Największą wpadką było minięcie PK49. Wychodząc ze wsi, tak pomyliłem kierunki, bo oczywiście nie spojrzałem na kompas, bo przecież byłem pewien gdzie idę, że po kilometrze nie wiedziałem kompletnie gdzie się już znajduję. Doszedłem do jakiejś drogi i zacząłem nią iść na północ. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że mój punkt minąłem kilkanaście minut temu. Nie chciałem się zbytnio oddalać od mety, więc nie wracałem się po niego, dochodząc do wniosku, że jeszcze dużo innych czeka na mnie po drodze.

I tak też było. Na metę wpadłem pół godziny przez limitem czasu, co dało mi pół godziny być na pierwszym miejscu. No… ale jak przybyli wszyscy zawodnicy, wyszło, że wylądowałem na miejscu 19.

Cóż, pozostało spaghetti, i pyszne ciasto z owocami.

I powrót do domu.

Posted in: Imprezy
Tags: