Posted by on 17 marca 2019

Rajd, ze względu na tegoroczne umiejscowienie w Stalowej Woli okazał się dosyć łaskawym dla nas.

Pojechaliśmy we czwórkę. Trasa dojazdu to tylko 3 godziny. Pierwsza łaskawość.

Przewidywana pogoda miała nas obłaskawić całodziennym deszczem, a skończyło się tylko na, miejscami, silnym wietrze. Druga łaskawość.

Temperatura kilka stopni Celsiusa. Na spacer nie można sobie lepszej zażyczyć. Słońce za chmurami nie wymagało noszenia okularów.

Do tego ziemia ta raczej płaską należy określić, a długość to 50 km.

Ja:

Ubranie: SpeedCrossy, cienkie skarpetki, biegowe stuptuty. Spodnie dresowe, do tego koszulka biegowa, koszulka „moro” z długim rękawem i dresowa bluza. W zapasie kurtka od wiatru i ew. peleryna od deszczu okazały się nieprzydatne. Do tego dwie kominiarki, jedna na szyję, druga na głowę.

Z pożywienia: Myślałem, że będę konał na trasie, wziąłem (UWAGA) TRZY i PÓŁ litra napojów, z czego na dobrą sprawę wypiłem pół. Słownie: pół litra. Reszta okazała się wycieczkowym balastem. Zjadłem trzy kanapki z szynką i serem, pół opakowania orzeszków nerkowca z żurawiną, dwa musy owocowe dla niemowlaków, jabłko i żel o smaku karmelu. Przedtem, na śniadanie poszła jajecznica.

Z dodatkowego wyposażenia przydały się dwie latarki, czołówka Petzla i ręczna Convoy. I oczywiście telefon, przy pomocy którego możecie oglądać zdjęcia oraz krokomierz. Kijków nie brałem – płasko i tylko 50 km.

Start rozpoczął się o 9:00.

Odebraliśmy mapy i naszą przygodę rozpoczęliśmy od jej studiowania.
Mieliśmy do zdobycia aż 17 punktów z 20. Wybraliśmy te z których zrezygnujemy… I poszliśmy w las, czyli początkowo nad stawik (PK12).
Trasa nawigacyjna nie wyglądała źle mimo tego nie ustrzegliśmy się kilku błędów o których wspomnę później… znaczy się wstyd mówić ale i tak napiszę.



Następnych kilka punktów leśnych to w zasadzie miejsca zaprojektowane przy głównych drogach rozdzielających kwartały leśne lub niedaleko od nich.

Może oprócz punktu 16, który według wszystkich uczestników, z którymi rozmawiałem, uważali, że punkt znajdował się bardziej na północ niż wynikałoby z mapy. Z odczytu GPS’a wychodzi, że tylko 50 metrów. Był to o tyle dziwny także punkt, że wiodła do niego droga oznaczona znakami „Poligon Wojskowy”. Wiem, że niektórzy zbaczali 20 metrów na W, żeby tylko te znaki „niby” ominąć.



Na jeden z punktów (PK18) dotarliśmy w zasadzie bagnem, gdyż ułatwiając sobie drogę poszliśmy po prostej która cała była zatopiona w wodzie. Po drodze do tego punktu minęliśmy dwa, ni to schrony, ni to ziemianki.

Jednym z ciekawszych punktów był punkt (PK19) schowany w budynku, jak się później okazało, w ruinach w dawnej gorzelni.



Kolejny punkt (PK20) dla jednych był wielkim wyzwaniem, a dla nas okazał się dosyć łatwy. W lesie (Uwaga!)… należało znaleźć drzewo.

My zrobiliśmy to w 10 minut; innym podobno zajęło to ich 40.

Ostateczna decyzja podjęta – przekraczamy San.

Idąc wałem przeciwpowodziowym widzieliśmy bardzo ciekawą konstrukcję do przesyłu gazu coś jakby most/wiadukt/rurociąg zawieszony nad Sanem.

Idziemy dalej. Kolejny punkt (PK1) widać już z kilometra, gdyż dach ambony całkiem dobrze odbijał srebrzyste światło chmur. Teraz czas na PK2.

Mijamy wieś ze starą ale nadal działającą cegielnią – niepozorna ale robi wrażenie.

Dwójka, to najładniejszy widok na naszej trasie. Wpływająca Bukowa do Sanu kojąco wpływa na zmęczone nieco już nogi. A to dopiero połowa zaplanowanej trasy. Na most wracamy wałem. Rezygnujemy z PK3, PK4, PK5, oznacza to, że na żadną pomyłkę nie możemy sobie pozwolić.

Przeszliśmy ponownie ten sam most i kierujemy się na południe do PK9. Mijamy linię energetyczną, droge do promu (zdaje się, że czynnego lata temu) i z daleka postrzegamy coś, co ma być naszym kolejnym celem. Wygląda jak zbiornik ppoż, do tego betonowe prostopadłościany – wszystko sugeruje, że ten punkt to TU, tylko trzeba obejść kilka miejsc i na pewno zaraz pojawi się lampion. Hm… czyżby brak PK? Jestem gotów to wpisać w kartę kontrolną. Ryzykujemy kolejnych kilkaset metrów na południe, aż do oczyszczalni. Punktu, ani śladu. Podejmuję się wrócić na północ. Mijam ten zbiornik, biegnę dalej… No tak. Na łąkach widać wyraźnie zarys rowu. Dobiega z jednej strony wału, by pojawić się po jego drugiej stronie. Kątem oka widać lampion. Schowany, a jakże, w przepuście; tak jak nazwany został punkt. Czekam na resztę towarzystwa i dalej pędzimy na PK8. W sumie nic specjalnego – proste dojście. Stalowa Wola postarała się o tereny rekreacyjne dla mieszkańców. Gratuluję. Piękny park.

Do PK6 poszliśmy ścieżką najbliższą rzece, jaka była możliwa. Na początku przez tereny parkowe – żwirowa, później zwykła ziemia. Pod spodem minęliśmy most i doszliśmy do elektrowni. Poszliśmy wzdłóż kanału zrzutowego, który był pewną niewiadomą, gdyż został przykryty czarną, grubszą kreską, dalej kładka nad kanałem i oczom ukazał się ogrodzony staw. A jak ogrodzony, to znaczyłoby, że jesteśmy blisko. PK6 znaleziony.

Drobnym problemem był PK7. W sumie, szliśmy na czuja bo czerwone kółko na mapie przykryło coś, co w rzeczywistości było drogą idącą wzdłóż ogrodzenia. Jednak przerywana ścieżka zgodna z azymutem wskazywała, że poruszamy się w dobrym kierunku. Hm… pomnik jest, lampionu brak. Idźmy głębiej. Kolejny pomnik i do tego lampion.

Teraz czas na ostatni punkt (PK10). Łatwizna. W sumie, nie wiem po co rozświetlenie na mapie. I jeden błąd, ostatni. Tzw. błąd pewności. Zamiast za środkowym młodnikiem dać w prawo – poszliśmy w lewo. Po co?! Nic… powrót do znanego punktu i jeszcze raz. W sumie wyszliśmy centralnie na punkt. Odbicie dziurkacza i już koniec. Za chwilę meta. Marsz przez miasto. Powitanie w szkole. Zasłużony browar i wege risotto. Niestety… kto późno przychodzi mięsa nie… (miał być rym) mięsa brak. W RDS nie dostaje się dyplomu, tylko zaświadczenie. Takie też dostaliśmy. Dziękujemy za możliwość startu w tej imprezie. Do zobaczenia za rok.

Specjalne podziękowania dla specjalnych gości.

Chciałem pogratulować Sergiuszowi i Rafałowi za podejście do imprezy na luzie i bez spinki. To oni, na których czekała cała baza martwiąc się, czy coś sie nie stało tak doświadczonym amatorom mapy i kompasu. Im nie wystarczyło zdobycie 17 punktów. Poszli po złoto; zebrali wszystkie 20. To nic, że nic na tym nie zyskali, a nawet stracili – w końcu czas się wydłużył, ale kto robi to dla przyjemności, czas nie jest ważny.

Niedziela

W niedzielę, ze względu na krótki czas powrotu i chęć zobaczenia niezwykłej wieży zrobiliśmy sobie POM (Powolny Obchód Miasta).

Do zwiedzenia była właśnie wieża (niestety, wejście zamknięte na kłódkę)

Park Charzewicki wraz z budynkami – zdecydowana większość w ruinie, ale to jest to co tygryski lubią najbardziej.

Starą, niemiecką, a przejęta przez PKP lokomotywę.

A jak już opuszczaliśmy miasto, to pobliskie stragany ze starociami skutecznie nam to uniemożliwiły. Musieliśmy zaparkować i (w moim przypadku) skończyło się na kupnie 5 przypinek. Uwaga… jedna jest „InO”.

  • Wyniki

  • Galeria Google Photo
    Posted in: Imprezy