Posted by on 20 października 2019

Szykowała się kolejna zwykła impreza, tym razem w okolicy. Tylko tym razem w nowej, dla nas formule Rogaining.

W odróżnieniu od innych imprez sportowych na orientację (piszę o maratonach) jest to, że ilość punktów jest tak dobrana, aby zawodnik nie był w stanie zaliczyć ich wszystkich w wyznaczonym limicie czasu, a każdy z punktów kontrolnych posiadał różne wagi punktowe. Od taktyki zawodnika zależy więc które punkty opłaca mu się pominąć, a które są dla niego ważniejsze. Może bardziej opłaca się zdobyć jeden „droższy” punkt, niż trzy niżej liczone? Kto to wie.

Nasza trasa to Rogainig 8h. Czyli należy zdobyć jak najwięcej punktów w 8 godzin. Nie ma limitu kilometrów (ani dolnego, ani górnego). Kolejność zdobywania punktów dowolna.

Ale do rzeczy… z Dominiką przyjechaliśmy na 6 rano. Wszyscy jeszcze śpią. Ogarnęliśmy wyposażenie w samochodzie i kiedy zaczęły się przyszkolne ruchy poszliśmy do bazy zawodów. Mapę dostaliśmy od razu przy rejestracji. Natomiast najważniejszy załącznik do mapy mieliśmy dostać przed samym startem. A jest to tabela z wagami punktów kontrolnych. I to ona wyznaczała, w głównej mierze, które punkty warto odwiedzić.

Jeszcze w drodze się zastanawialiśmy… co z kijkami.. kijki brać.. nie brać? -To tylko 8 godzin! -Ale wąwozy strome! -To może weźmy? -Ale ja nie mam! To weź moje, ja nie wezmę. -To jak Ty nie bierzesz, to ja też. -To po co to gadanie?! 🙂 Nie wzięliśmy. I to był najlepszy pomysł. Brak przelotów, w lewym ręku mapa, w prawym kompas, krokomierz i jeszcze karta startowa do odbijania. I do tego kijki?! Nigdy. Przy drugim wąwozie była chwila zastanowienia, że może by kijki pomogły, przy trzecim nie było wątpliwości. Wspinaczka w lessowym podłożu, gdzie kijek powinien mieć zimowe nakładki, żeby się nie zapadał, szybkie chwytanie korzeni, żeby się nie stoczyć w dół. Kijki byłyby prostą drogą do samounicestwienia.

Co do samej mapy. W końcu na maraton ktoś przygotował mapę prawie jak do BnO. Gratuluję zacięcia. Było kilka niedociągnięć, jak droga idąca przez teren zamknięty ale nie wszystko udaje się przewidzieć, zwłaszcza, że to duża mapa.

Poranek był rześki, ubrani w trzy warstwy zaczęliśmy studiowanie mapy. Postanowiliśmy wyprawę po wąwozach zacząć od dwukilometrowego marszu po asfalcie. Po drodze jeden z punktów. Oczywiście wąwóz. Tak na prawdę 90% punktów było schowanych w wąwozach. Albo na jego dole, albo na szczycie. A każde miejsce piękniejsze od poprzedniego. Szczerze mówiąc, gdyby nie początkowe pójście na łatwiznę, to całą imprezę można byłoby nie wchodzić na drogi utwardzane.

Punkty kontrolne były dobrze widoczne, chociaż kilka razy musieliśmy się nabiegać, bo jeden wąwóz podobny do drugiego. Do jednego z punktów podeszliśmy zbyt wcześnie. Przez co straciliśmy co najmniej 15 minut.

Ale nie tylko podobieństwo każdego wąwozu było problemem. Punkty, mimo, że widoczne czasem z daleka, nie były tak łatwo dostępne. Ściany wąwozów miały często 15 metrów wysokości, a na moje oko, nachylenie zbocza sięgało 70 stopni. Adrenaliny sporo, a radości jeszcze więcej z każdego odbitego perforatora na karcie.

Trzy punkty szczególnie zapadły mi w pamięci:

Jeden, umieszczony na grani, tyle, że lessowej. Żeby go zdobyć należało przejść 20 metrów, przez gąszcz patyków półmetrową ścieżką, z każdej strony kończącej się stromym zboczem. Za pomysł na punkt należy się organizatorom ogromne brawo.

Drugi z zapamiętanych punktów to ten w szczelinie między wypłukanymi ścianami wąwozu. Dotarcie tam wyglądało jak przejście przez wojskowy okop dla jednej osoby. Żeby się na nim odbić trzeba było poczekać, a wcześniejsza osoba wyjdzie z tego miejsca.

A trzeci… Trzeci to nasz ostatni. Na środku połączenia kilku wąwozów. Łatwy do namierzenia ale widok wokół jak z bajki. Sprawdziłem na kilku mapach, jest nienazwany. Osobiście nazywam go Areną. Spokojnie można zrobić w nim jakieś plenerowe przedstawienie teatralne z widownią na zboczach wąwozów, które tutaj się spotykają.

Tutejsze wąwozy robią wrażenie o każdej porze roku. Na wiosnę wszędzie zielono, jesienią złoci się każdy metr lasu. To będzie jedna z najbardziej miło wspominanych imprez, w których brałem udział.

Nie bez uwag jednak. Na koniec catering. Nigdy nie zostanę zwolennikiem wydawania posiłków w restauracji na talony. Po rajdzie to zawodnicy są głodni i chcą jeść… Już! I żeby kompotu zabrakło? Albo trzeba go nagotować z zapasem, albo wydawać na szklanki. Lepszy gulasz z garnka z kaszą… byłby. 🙂

Piszę się na każdą następną imprezę w okolicy Kazimierza Dolnego.

Dla nas impreza zakończyła się zdobyciem 20 punktów kontrolnych o łącznej ilości punktów przeliczeniowych 88. Przynajmniej tak wynika z naszych obliczeń. W tym czasie zrobiliśmy 33 km oraz 1 kilometr przewyższeń! A to przecież nie jest górzysty teren.

Po Przejściu Smoka reszta imprez już tak nie imponuje. Polecam każdemu, zwłaszcza, że to nie tylko Rogaining 8h ale i 3h, i trasa rowerowa a także trasy turystyczne, czyli te związane z regulaminem PTTK.

Jestem pewien, że imprez w tej okolicy będzie dużo, zważywszy, że wąwozy rozciągają się od Wisły między Kazimierzem Dolnym aż po Lublin. W/g moich skromnych obliczeń daje to ok 480 kilometrów kwadratowych powierzchni na której znajdują się tysiące (myślę, że to nie przesada) wąwozów.

  • Wyniki
  • Mapa

  • Galeria Google Photo
    Posted in: Imprezy