Posted by on 22 grudnia 2020

Ostatnia impreza roku… i jedna z nielicznych w tym pełnym ograniczeń 2020 roku. Ośno Lubuskie, koło Rzepina.

Z drużyny pojechałem sam. W piątkowy wieczór, tak aby koło północy rozbić namiot, a z samego rana odwiedzić Park Narodowy „Ujście Warty”. Zobaczyć jakie ptactwo zostało nam na zimę.

Trasa wiodła autostradą A2. Szybko i boleśnie – dla kieszeni. Z Warszawy do Rzepina jej przejechanie to dodatkowe 90 PLN do tyłu.

Przy okazji przetestowałem nowy namiot i drugi raz użyłem zimowego śpiwora. Ale o tym, może innym razem i gdzieś indziej.

Otwarcie bazy miało nastąpić o 10:00, Start naszej kategorii dopiero o 16. Dużo czasu.

Pojechałem więc do Parku i wróciłem koło 13. Daniela nie było. Byli tylko dwaj koledzy, mało zorientowani w całym tym interesie. Ale pieniądze umieli skasować.

Przebrałem się, spakowałem plecak. Chyba na prawdę minimalistycznie. Do jedzenia i picia miałem 2 l Oshee + 0.5 Coca-Cola. 4 żelki, jabłko, bułkę tzw. pizzerinkę, jabłko i orzechy nerkowca. A… i czekoladę z okienkiem razy dwa. W czasi całej imprezy skorzystałem z dwóch żelków, pizzerinki i całego zapasu czekolady. A z napojów wypiłem mniej niż litr.

Ale brnijmy dalej w czasie. Przyjechali Rafał i Sergiusz + kolega Wojtek. Razem stworzyliśmy czteroosobową drużynę. Zapomniałem dodać… na trasie TP16h, która była wcześniej znana jako trasa TP100, tylko teraz przybrała formę Roganingu.

Godzina 15, Daniela nie ma. Godzina 16:00 – czas naszego startu. Daniela Nie Ma. Po godzinie 16 dostaliśmy SMS’a, że z przyczyn technicznych start zostanie opóźniony o około 2h. I tak było. I tym razem nie mówi się „cóż, tak bywa”… bo to pewien standard w przypadku tego organizatora. Nazwałbym to lekceważenie zawodników.

Całe szczęście, udało nam się wystartować o 18:30. dostaliśmy mapy i opisy punktów kontrolnych.

Opiszę zaliczanie wybranych PK.

Pierwszym był, PK nr 1. Wieża – piękna stara, kamienna wieża. PK zlokalizowane kilka metrów od niej. I to był pierwszy i najłatwiejszy punkt w czasie naszej imprezy.

Zdobycie reszty to wynik szczęścia i wieloletniej praktyki zdobywanej w czasie takich imprez. Swoje potwierdzenie znalazło powiedzenie: „pilnuj kompasu”. Jak się tego nie robi, to idąc po prostej można „skręcić” nawet o kąt prosty.

Kolejny to PK9 – rozwidlenie wąwozu. Powiem, że Mordownik by się nie powstydził takiego punktu. Stromo, sypiący się piach, kolce. Trzeba było się do niego przedzierać między gałęziami, po padłych konarach drzew. Jednym słowem miło.

PK4 – Zakręt suchego rowu. Mowa o kompasie – trzeba pilnować kierunku. Niby dotarliśmy na punkt ale śladu na drzewie żadnego. Cofnęliśmy się o kilkaset metrów i nawigacja od początku. znalazł się i rów i lampion.

PK7 – Jestem zdania, że mapy na takich imprezach powinny odznaczać się dobrą aktualizacją, a do takiej zaliczam nanoszenie dróg. Zwłaszcza, jak są to nowe drogi asfaltowe o krajowym zasięgu. Domyślam się, że było to celowe działanie organizatora, że taka droga nie została naniesiona, gdyż punkt zlokalizowany został na moście kolejowym znajdującym się pod nowym wiaduktem. A na mapie narysowana nadal stara gruntówka. Daliśmy się nieco zmylić ale ogólnie PK zdobyty. Sądzę, że ze stratą 20 minut. Opóźnienie wprowadzały także wszędzie postawione siatki chroniące przeciwko ASF. Ich działanie to zagadka, niby są, ale projektowo – dziurawe.

Jak z tabeli wyników wynika PK11 zostało nielicznie odwiedzone przez zawodników. Myśmy podjęli wyzwanie. Punkt, mimo umieszczenia go na cyplu, na półwyspie był do zdobycia łatwiejszy niż można było przypuszczać.

PK19 – Taka podpowiedź: Ostatnia cyfra w numerze PK sugeruje jej wagę, a więc liczbę punktów dopisywanych zawodnikowi za jego znalezienie. Dlatego punkt o numerze 19 był łakomym kąskiem. Szliśmy nieużywanymi torami kolejowymi szukając „wyłomu” w antydzikowym ogrodzeniu. Znalazł się w postaci bramy z napisem, żeby ją zamknąć po przejściu. Pełna nazwa punktu to: „Grube drzewo na południowej skarpie wąwozu”. Kiedy tam dotarliśmy… tam wawozów jak w Kaziemierzu, a na początku każdego jakieś grube drzewo. I żaden z nich nie pasował. Największy problem stanowiło zgubienie informacji, gdzie jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy. Rozbiegliśmy się po terenie przeczesując kolejne jary. Wtem wpadłem na obniżenie terenu wyglądające jak bagno. Na mapie nie było więcej takich miejsc, ryzyk fizyk – idę na azymut. Po jego wyznaczeniu przeszedłem 400 metrów. Po drodze mijałem na prawdę ogromne drzewa na ich szczytach ale dopiero prze przejściu tylu metrów ile wyliczyłem znalazłem TO drzewo. Zdziwiłem się tylko, że wcale takie grube nie było. Drobne nawoływanie i drużyna podbiła punkt. Ruszyliśmy dalej.

PK21 – Szczyt góry. Takie tam – karczowisko z wykrotem. Przyszliśmy, zdobyliśmy i odeszliśmy w kierunku kolejnego punktu.

PK27 – no… Pewnie, gdyby regulamin składał się z jednej części, a nie dodatkowo z zasad podbijania punktów i na dodatek zaktualizowane byłoby wszystko na rok 2020, a nie zostawione z 2018 z innej imprezy to byłoby szybciej. Mapa też była mało precyzyjna. Na mapie tylko źródło. W realu: trzy spore stawy. W akcie desperacji – telefon do organizatora. Odczytał kawałek instrukcji – podziękowaliśmy, wysłaliśmy SMSy i polecieliśmy dalej. Idąc na ten punkt z poprzedniego, postanowiliśmy zasugerować się mapą… a ona nam zasugerowała, że przez rzekę Pałęczna biegnie kładka…. Ale nie biegła. W końcu musieliśmy wrócić i asfaltować przez wieś. A to nie koniec niespodzianek. Ze wsi droga prosta, a potem karczunek, który gdzieś tę drogę zlikwidował. Rozdzieliliśmy się, szukając tej właściwej…. i każdy taką znalazł, tylko każdy inną. Ale miejsce było przynajmniej to samo.

PK32 – „Początek niewielkiego wąwozu”. Nazwałbym to „delikatnym obniżeniem terenu, przez które przechodzi leśna droga”. Opis jak najbardziej wprowadzający w błąd. Bez niego, szybciej chyba byśmy odszukali ten punkt.

PK39 – najbardziej tajemniczy punkt na całej naszej trasie. Od małego bagna wspinacza do góry po polodowcowych (tak sądzę) tarasach. Na szczycie wały sugerujące obecność dawnych budynków. A wszystko pokryte jesiennymi liśćmi. Bajkowy widok. Najpiękniejsze miejsce imprezy. Polecam na wycieczkę krajoznawczą.

A teraz najbardziej mroczny punkt: PK37. Od poprzedniego punktu przedzieraliśmy się wzdłuż bagna, między powalonymi drzewami, krzakami i jeżynami. Szliśmy tak aż bagno zamieniło się w strumień. A strumień także tajemniczo wił się w czarnej ziemi, z wystającymi kamieniami, starymi konarami. Samo odnalezienie punktu nie stanowiło już problemów.

Podliczyliśmy czas… nie zostało go wiele. Wybór padł na PK28. Ruiny, zapewne pięknego kiedyś dworu. Dużo asfaltu. Punkt bez utrudnień

PK35 – taki punkt zmyłka. Niby skrzyżowanie leśnych przecinek, z którego został tylko słupek graniczny. Przestrzeliłem się o jakieś 300 metrów. Znalazła go reszta drużyny. Szybki dobieg, podpicie i dalszy marsz.

PK15 – Nawigacyjnie – poległem… dobrze, że nie sam. Najpierw szliśmy polami skoszonej kukurydzy, po dojściu do lasu, wszystko się niby zgadzało. Była nawet skośna droga na szczyt. Tylko punktu brakowało, a czasu coraz mniej. Ja się poddałem ale reszta drużyny szukała wytrwale. W końcu punkt znalazł Sergiusz – chyba z 500 metrów dalej. Na 5-6 km marszu pozostało nam 40 minut.

Zahaczyliśmy po drodze o PK13, strata dodatkowych kilku minut, które jednak zostaną odjęte od właśnie zarobionych na tym punkcie. Opłacało się. Teraz pozostał już tlyko asfalt i przemarsz, czy przebieg przez całe miasto.

META – odbiliśmy się wszyscy na PK pod tytułem Meta, co zakończyło nasz start w imprezie.

Dziękuję Rafałowi, Sergiuszowi i Michałowi, że znowu razem mogliśmy przebyć kolejną imprezę.

Jeszcze tylko drzemka i do domu.

Podsumowując, wyszło nam prawie 68 km. W wersji Sergiusza, prawie 71. Przeszliśmy to w czasie 16 godzin i 22 minut. A przewyższeń nazbierało się prawie 850 metrów.

  • Wyniki

    Posted in: Imprezy