Posted by on 17 grudnia 2019

Długa podróż pociągiem ku zachodniej granicy Polski. Gądków Wielki. Niewielka wieś niedaleko Rzeplina. Dojazd prosty. Sama miejscowość bardzo urokliwa. Brukowana droga, sklep spożywczy i szkoła. Bardzo ładna, stara. Obok niej nowa sala gimnastyczna, w której mieściło się tymczasowa baza maratonu. Do szkoły dotarłem razem z Rafałem, z którym jechałem pociągiem, zaś godzinę później przybył Sergiusz. I w taki to sposób skompletowaliśmy naszą drużynę. Reszta naszej Na Skuśkę wypoczywała w miejscu stałej lokalizacji…. znaczy się w domach swych.

Długo czekaliśmy na start, bo planowany był na 16:00. Jednak, z wcześniej nieznanych nam powodów został przesunięty do bliżej nieokreślonego miejsca w czasie. Także rejestracja zawodników przebiegała bardzo wolno i w zasadzie zakończyła się dopiero po 17. Jedna osoba na jakieś 200 osób, to stanowczo za mało. Ostatecznie, jak się okazało, winę za opóźnienie ponosił brak Internetu i start rozpoczął się o 17:30. Cóż… uważam, że informowanie uczestników o przyczynach opóźnienia powinno nastąpić dużo wcześniej niż 5 minut przed startem. Hm… czy Nocna Masakra zostanie wyceniona niżej w następnym sezonie? Będę obserwował notowania.

Mapa, to arkusz papieru formatu A4 w skali 1:50000 TOPO z zaznaczonymi i opisanymi działami leśnymi. Do znalezienia 20 PK w czasie 15 godzin.

Kolejność zaliczania dowolna, czyli scorelauf.

Potwierdzanie punktów elektroniczne. Skanowanie kodów QR, albo bezprzewodowo po NFC. Zainstalowana aplikacja w telefonie wysyła SMS’a do biura zawodów i zwrotnie potwierdza jego otrzymanie. Działa nawet, gdy brakuje zasięgu. Na PK były także zainstalowane perforatory, ale nie widziałem chętnych. Wziąłem kartę na zapas, ale nie skorzystałem.

Zaczęło się cudownie. W końcu to noc, a do tego mokro. Padało jeszcze koło 16. Po starcie tylko kropiło lekko. Temperatura w okolicach zera. Nad ranem dopiero chwycił mróz, co utwardziło błotnistą ziemię.

Ogólnie, przebieg trasy to lasy, lasy i jeszcze raz błoto, piach, krzaki i bagna. Dla każdego coś miłego. W odróżnieniu od innych maratonów, w tej części Polski, słowo „pole” to co najmniej kilkadziesiąt hektarów. To zaznaczone na mapie, jako nie do przejścia miało 90h, a trzeba było pójść granicami od północy do południa. Ogólnie, to bardzo dużo tutaj grodzi się upraw przed dziką zwierzyną.

Cztery PK szczególnie utkwiły mi/nam w głowie.

PK18 pod tytułem: „Wykrot, w połowie” – lekkie odchylenie trasy w lewo, potem niby powrót na przecinkę i niedopilnowanie mapy. I takim sposobem znaleźliśmy się przynajmniej 200 metrów od właściwego punktu. Topograficznie, zgadzało się wszystko. Odległości, zakończenia ścieżek, nawet pochylone drzewo można było wziąć za początek wykrota. Jakieś 20 minut opóźnienia. Punkt dla organizatora.

Ale już taki punkt PK15 „obniżenie terenu, drzewo 3m na południe od ścieżki”. Albo mapy są przekształcane i należy o tym poinformować uczestników, albo nanieść poprawki. Zwłaszcza, że organizator miał świadomość umieszczenia PK w miejscu, który nie zgadzał się z mapą. Następnym razem oczekuję białej plamy – też będzie frajda. Punkt zaliczony z drobnym poślizgiem. Z takim punktem to bliżej do regulaminu PTTK, chociaż rozumiem, że zadziałał tutaj par. VIII pkt 3 – niech będzie.

Szczere pole po karczu, już zaorane. Na mapie widnieje jeszcze narysowany las ale nas to nie zwiodło. Po środku stare, zarośnięte wyrobisko po kopalni. Dziwne, bo suche, widać woda przesiąka w grunt. Ale po drodze…. cóż za piękne meteory leciały w kierunku Ziemi. Jeden szczególny. Płonął na kolorowo. Przepięknie. Zielono, niebiesko, czerwono i żółto. Co za widok. To był PK1.

PK3 – Ostatni i prawie ostatni. Błędne założenie, że granica kwartału znajduje się w dole, zamiast na górze. Dwa, że trzeba w końcu nauczyć się panować nad poziomicami, trzy – zmęczenie. Znowu punktu szukaliśmy ze 300 metrów od miejsca, gdzie został on umieszczony. A najlepsze, że szukaliśmy go w miejscu, które wyglądało lepiej (w porównaniu z mapą) niż był umieszczony.

No i powrót do bazy. Ostatnie dwa kilometry, mój osobisty koszmar. Ale koledzy czuli się świetnie. Sergiusz nawet tańczył na sali. 😀

PK19 – Nasz błąd. Procesor liczenia kroków znowu się nie spisał. Zamiast liczyć kroki od mostka poszliśmy w ciemno szukać zwężenia zatoki. Które, niestety nie nastąpiło. Rzeka nadal miała szerokość 20 metrów.

Na koniec tego, jak i każdej wcześniejszej imprezy wynika jeden wniosek: nawigacja, nawigacja i jeszcze raz nawigacja. Kompas, kroki, poziomice.

No i do domu… 36 godzin bez snu…

[Wszystkie zdjęcia są autorstwa Sergiusza. Z wyjątkiem grupowego.]

  • Wyniki

  • Galeria Google Photo