Posted by on 21 września 2020

  • Miejsce Imprezy: Zawoja
  • Start Imprezy: 12/09/2020
  • Uczestnicy: Dominika, Tomek, Marek
  • Strona organizatora: https://mordownik.pl/

Pełni werwy, entuzjazmu, pozytywnego nastawienia.

W bazie pojawiliśmy się koło 23. Rejestracja. Dominika z Tomkiem poszli spać na kwaterę, ja do sali w schronisku, gdzie znajdowała się cała baza imprezy. Schronisko Młodzieżowe w Zawoi.

Pobudka o jakieś 5.30, drobne przygotowania, śniadanie i na start.

Naszą mapę TP50 układał Janek, ale ze względu na wyjazd gdzieś tam do Południowej Ameryki sprawy organizacyjne przejęła Kamila.

Odprawa o 6.30, czekamy na rozdanie map i start.

W zasadzie, nie wiadomo w którą stronę pójść. Na rozgrzewkę kilkaset metrów po płaskim i nieco w górę. Tego nieco w górę, planowanego miało być 3km. To dużo, jak na trasę 50km. Z analizy GPS, wyszło, że zrobiliśmy 2300 metrów, na odcinku 45km. Gdzie trzeba dodać, zrobiliśmy tylko 50% + 1 pkt z całej zaplanowanej trasy dziewiętnastu punktów kontrolnych.

Już pierwszy punkt wskazał nam nasze położenie w czasoprzestrzeni. Nie byliśmy ani w dobrym miejscu, ani nie mieliśmy dobrego czasu. Ale nie ten punkt był najgorszy. Cóż, liczenie kroków nie było tym razem naszą najmocniejszą stroną, co przełożyło się na popełnienie wielu błędów… znaczy się błąd był jeden ale powielony wielokrotnie. Czyli nie trzymanie się odległości.

Najgorzej nam poszło z PK2. Tutaj straciliśmy najwięcej czasu. Głównie, chyba przez LIDARowe rozświetlenia, które zamiast ułatwić wprowadzały jeszcze większy zamęt. Był rów… i w terenie i na mapie. Ale jakoś kompletnie się to nie kleiło, a mimo to szukaliśmy w okolicy… gdyby jednak liczenie kroków się odbyło prawidłowo, zeszlibyśmy w dół jeszcze z 200 metrów. A tam punkt kontrolny zobaczyłby każdy z drogi.

PK3 – zakręt strumienia. Ha… na mapie oznaczenie szczytu zostało umieszczone w innym miejscu grzbietu niż w rzeczywistości. Nie zmyliło to nas. Błędem jednak było pójście Na Skuśkę, a nie pobliską drogą. Nieco wydłużyło to czas marszu przez podmokły teren, być może jednak skróciło, bo nie trzeba byłoby iść na azymut od nieznanego punktu. W każdym bądź razie – poszło bez doliczania ogromnych ilości minut strat.

PK12 – jadłodajnia. Schabowy, karkówka i piwo… Żartowałem. Woda, ciastka, banany i jabłka. Pychota. 🙂

Ze względu na kurczący się niemiłosiernie czas, zrezygnowaliśmy ze Słowackiej części trasy. Jakże przykro. Co prawda szliśmy wzdłuż granicy ale tylko po to, aby dotrzeć do kolejnego punktu PK4. Znaleźliśmy się w pewnym momencie, jakby w innym wymiarze. Była jakaś droga, rzeka ale płynąca w innym kierunku. Poszliśmy ku grzbietowi. Tam natrafiliśmy na drugi strumień, który swoim kierunkiem dopowiadał szukanemu. Trochę w ciemno poszedłem nim w dół. Trafienie zaliczone.

Na koniec PK11. Opis i umiejscowienie tak podejrzanie łatwe, że aż trudno uwierzyć, że tylko do góry, podbicie i w dół. A jednak się udało. Z obolałymi nogami, zwłaszcza Tomka kolanami doczłapaliśmy się do bazy. Tam już fanfary, medale i chłodne piwo.

I spać… tym razem rozbiłem namiot.

Do zobaczenia kolejnym razem.

  • Wyniki
  • Mapa

  • Galeria Google Photo
    Posted in: Imprezy