Posted by on 27 maja 2019

  • Miejsce Imprezy: Słopnice
  • Start Imprezy: 24/05/2019
  • Uczestnicy: Dominika, Marysia, Tomek, Marek, Asia, Łukasz
  • Strona organizatora: https://maratonkierat.pl/

Zaczęło się deszczowo. Wyjazd w czwartek na noc. Kropi… po drodze coraz bardziej pada. Pada całą drogę. Pada całą noc. Pada ranek. Prognoza pogody: ma padać do 8:00. Pada do 9. Będzie hardcore. Spanie poza szkołą, wynajęte dzikim fartem. 6 osób. Czysto, ciepło. Warunki domowe. Miejscówki nie zdradzę 🙂

Z samego rana pognaliśmy do sklepu i do „Pana Marka” zaklepać obiad. W następnej kolejności do szkoły. Rejestracja. Czekamy w kolejce od 11. Godzina do otwarcia biura, a przed nami ze 20 osób. W międzyczasie okazało się, że nawaliła mi zapasowa latarka. Pojechaliśmy szukać jakiejś do Limanowej (tak się odmienia?). Po dłuższych poszukiwaniach latarkę kupiła Dominika, a mi oddała tę, którą wcześniej pożyczyła ode mnie. Suma, sumarum – wektor wymiany zerowy.

Po rejestracji wstępna ocena mapy – nie jest źle, ale są długie przeloty i trochę asfaltu. Tragedii nie ma.

Wracamy do bazy noclegowej. Po namyśle – raczej niedługim – jedziemy z Tomkiem po ciasto. Potem godzinna drzemka i ostatnie pakowania, zakładanie butów, klnięcie na przeszkody wszelakie i jazda na Start. Niestety, wróciłem się po kompas. Potem okazało się, że wcale go nie zapomniałem, tylko dobrze schowałem do kieszeni.

Na starcie, Pan Andrzej (Szef Wszystkich Szefów Imprezy) krótko streścił zagrożenia i zalety uczestnictwa w Kieracie. O godzinie 18 – START. Ruszyli wszyscy. Od nas byli to: Dominika z Tomkiem, Marysia, Asia i Łukasz oraz ja – Marek. Dodam, że Asia z Łukaszem nie zapisali się jako „Na Skuśkę” ale myślę, że następnym razem oficjalnie wystąpimy pod wspólnym szyldem.

PK01 nawet nie rozrysowaliśmy na mapach. Prawie wszystkie 600 osób poszło jedną ścieżką. Witani przez miejscowych i okoliczne zastępy strażaków doszliśmy do pierwszego punktu. Tłumnie. Dotarliśmy już tutaj podzieleni na dwie grupy. Ja oraz Dominika i Tomek w pierwszym rzucie, a Marysia, Asia i Łukasz troszkę dalej. W takiej konfiguracji szliśmy dalej zwiększając zarówno odstęp, jak i możliwości ukończenia maratonu.

Z tej chociażby racji, będę opisywał przebieg imprezy z mojego punktu widzenia licząc na kontynuację przez resztę członków ekipy. Zwłaszcza, że moja część imprezy skończyła się… ale o tym później.

Muszę się przyznać, że już dzień po imprezie mieliśmy kłopot z przypomnieniem sobie niektórych punktów kontrolnych więc będę się zatrzymywał przy tych zapamiętanych.

Dwójki nie pamiętam, pamiętam za to, że zaraz za nią było ostre podejście pod… Ostrą. Szczyt o wysokości 925 metrów zdobyty.

A zaraz po nim Jeżowa Woda (895).

Pamiętam PK5 – Góra Zyndrama, Pomnik Grunwaldzki. Była noc. Pomnik jednak był. Bohatera Bitwy pod Grunwaldem. Siedzieliśmy na kamieniach. Drobny posiłek. Spotkaliśmy Jurka, który z nami przeszedł kilka PK.

Pzrejście na PK6 to była dla mnie mordęga. O ile najpierw trzeba było się natrudzić skacząc między kamieniami pośrodku strumienia to dalej było kilka kilometrów betonowej równej drogi o niewielkim nachyleniu. Monotonność tej ścieżki była koszmarna (dla mnie).

Siódemka za to wymagała nieco sprytu, odwagi i odporności na wodę. Początkowo zapowiadało się dobrze, jednak po skręceniu w drogę za rzeką okazało się, że kończy się ona pod jakimś domem. Na szczęście nie tylko my tak trafiliśmy. Widać wydeptaną ścieżkę na łące. Najgorsze, że ścieżka wchodziła między drzewa z jednaj strony, a siatkę z drutem kolczastym z drugiej tworząc przejście o szerokości 30 centymetrów. Limit „brzydkich słów” został wyczerpany, tak, że na następne punkty braliśmy pożyczkę. 🙂 Trawa mokra, pod górę. Nogi od podeszwy do kolan całe w wodzie. Na schnięcie się nie zapowiadało. Za dobrze to się nie skończyło. Całe szczęście zapas Sudocremu znajdował się w naszych plecakach.

Ósemka – Schronisko na Przehybie

A w środku PRAWDZIWY Żurek. Taki z jajkiem i na prawdę… wspaniałą kiełbasą. do tego kawa z ekspresu. Siły wróciły. A musiały wrócić, bo przed nami bardzo długi przelot. 4 godziny. Trasa wyłącznie znakowanymi szlakami. Czerwonym i Żółtym. Aż pod Jaworzynkę.

W Tylmanowej czekał na nas ratunek. Lewiatan ratuje życie i zdrowie zawodników, a sieci sklepów podnosi zyski.

Spod sklepu ruszamy na PK10. Drogą płynie rzeka, a my do góry. Idzie mi się coraz wolniej. Następnym razem będę chyba zapisywał co jadłem i piłem. Ogólnie z napojami nie było kłopotu. Chyba za mało magnezu. A do tego stopy i łydki. Po postoju muszę wszystko rozruszać małymi kroczkami.

Jedenastka nie była jakoś trudna, tylko za każdym zakręcikiem było już.. tuż, tuż… a tu punktu ani śladu. Udało się jednak. Już tutaj chciałem zrezygnować ale po silnej perswazji współtowarzyszy poszedłem dalej.

Na mapie część asfaltowej drogi została wykreślona. Pozostało nam iść błotem. Potem skrótem łąkami w dół, aż do asfaltu. Z asfaltu znowu w górę jakimś dziwnym rowem i znowu łąką. Wszystko przedeptane przez setki wcześniejszych (znaczy się szybszych) uczestników. Tutaj wymiękłem – niestety. Co roku jest lepiej, ale nie na tyle, żeby ukończyć imprezę z kompletem punktów i w limicie czasu. Dominika z Tomkiem polecieli z innymi do 13 i 14, a na koniec do mety.

Dla mnie impreza skończyła się na PK12 z czasem 23h35min, co pozwoliło mi na zaliczenie 83 kilometrów i 3600 metrów przewyższeń.

Dominika i Tomek ukończyli Kierat w 28 godzin i 38 minut. ONI zaliczyli 100 kilometrów. Gratulacje!!

Marysia, Asia i Łukasz skończyli na 5 punkcie kontrolnym po 10 godzinach i 56 minutach pokonując 28 kilometrów i mając za sobą jeden kilometr przewyższeń. Gratulacje!!!

  • Wyniki
  • Mapa

  • Galeria Google Photo
    Posted in: Imprezy
    Tags: ,